Na stronie :

Archiwa

Kalendarz

Maj 2018
P W Ś C P S N
« Mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Odwiedziło nas

Darmowy licznik odwiedzin

Świadectwa

Młodzi ludzie zawierając sakrament małżeństwa chcą aby ich związek był udany i szczęśliwy. Nie wszystkim jednak, niestety, to się udaje. Czy jest jakaś skuteczna recepta na szczęśliwe małżeństwo? Owszem jest!

Pierwsza to dobre przygotowanie do małżeństwa

Druga to troska o pielęgnowanie miłości małżeńskiej.

Potwierdzeniem tej recepty niech będą świadectwa małżonków którzy pomimo trudności, cierpień wytrwały w prawdziwej miłości wiele lat i są szczęśliwe.

 

 

Wywiad przeprowadzony przez  Annę Zalewską dla kwartalnika Instytutu Edukacji Narodowej „Cywilizacja” nr.13/2005r.

 

 

Jak kochamy, to wszystko łatwiej jest pokonaćeil-polakiewiczowie

 

Rozmowa z pp. Elżbietą i Lechem Polakiewiczami, prowadzącymi w ramach Rozmów Niedokończonych w Radiu Maryja cotygodniową audycją Dla Małżonków i Rodziców.

 

Jaka była Państwa droga ku małżeństwu?

 

Elżbieta Polakiewicz: Pochodzę z rodziny rolniczej. Wiarę wpojono mi od dziecka. Od urodzenia miałam problem z nogą. W czasie wojny trudno było leczyć zwichnięcie stawu biodrowego. Zresztą niewłaściwie to zdiagnozowano. Tak, więc od 3. do 6. roku życia miałam nogi do pasa w gipsie zmienianym co kilka miesięcy. Potem były jeszcze dwie operacje i dużo leżenia także w gipsie, które skończyło się dopiero około 13 roku życia. Musiałam się przyzwyczaić do ograniczeń, znoszenia uciążliwości. Konsekwencją jest to, że do dziś mam usztywnione biodro, krótszą nogę i jestem trochę inna niż wszystkie kobiety. Może dlatego zbliżyłam się do Boga?

W rodzinie też byłam inaczej traktowana, oszczędzano mnie. Mniej miałam kolegów, mniej się bawiłam, więcej zaś czytałam i rozmyślałam. I więcej się modliłam, w tym również o dobrego męża. Rodzina jednak nastawiła się na to, że zostanę sama. „Kogo znajdzie taka osoba?” – myśleli. A ja mówiłam: „Panie Boże, w Tobie jest moja nadzieja. Ty mi nie pozwolisz zrobić krzywdy. Zrobisz tak, jak zechcesz. Ale moim pragnieniem jest założyć rodzinę. Jeżeli Ty mi w tym pomożesz, to tak będzie”.

Studiowałam na UMK w Toruniu sztuki piękne, malarstwo. Chodziłam też do duszpasterstwa akademickiego u ojców jezuitów. Tam poznałam Leszka, z którym założyliśmy rodzinę. Mamy dwóch synów i córkę. Wszyscy pozakładali już swoje rodziny…

Dziś nie maluję farbami. Tak ułożyło się życie, że nie ma na to czasu. Zajmowałam się rodziną. Zawodowo pracowałam tylko na początku małżeństwa i ostatnio, żeby dorobić do II grupy renty.

 

Lech Polakiewicz: Z wykształcenia jestem fizykiem. Po ukończeniu studiów rozpocząłem pracę jako pracownik naukowo-dydaktyczny, ale szybko zorientowałem się, że aby cokolwiek osiągnąć w dziedzinie fizyki doświadczalnej, musiałbym być w pracy od rana do wieczora z małą przerwą na obiad. Trzeba by osiągać poszczególne stopnie naukowe, cały czas publikować i bardzo ostro pracować, a gdzie czas dla rodziny, pomoc żonie? Mnie to nie pociągało. Chciałem budować rodzinę i być bardziej z najbliższymi. Przeszedłem na etat naukowo-techniczny. Koledzy w zespole projektują pewne eksperymenty, a ja buduję do tego aparaturę. Ciągle jest to coś nowego.

Przez długie lata trzeba się było utrzymać z jednej asystenckiej pensji. Dziękowaliśmy Bogu za wszystko, co otrzymywaliśmy od Niego, i byliśmy zadowoleni z tego, co mamy. A jak czegoś nie mieliśmy, to były żarty, śmiechy i modlitwa. Dzieci w ten sposób doświadczyły tego, że jeżeli coś jest nam bardzo potrzebne, to Pan Bóg to da. Jak choćby Syrenkę, którą jeździliśmy przez 28 lat i jeszcze nieźle wyciągała, gdy oddaliśmy ją samotnej matce. W stanie wojennym brakowało wszystkiego, także waty i pasty do zębów. Żartując twierdziliśmy, że będziemy myć zęby mydłem. Tak podobno było w czasie wojny. I modliliśmy się: „Panie Boże, jeśli możesz – zaradź naszym potrzebom”. Wieczorem sąsiadka staje w drzwiach z paczką z Francji. Była tam… wata i pasta do zębów.

Żyjemy w rodzinie, szukając jak najlepszego sposobu porozumiewania się i budowania jedności między sobą i z Bogiem. Jest to budowanie na wszelkie sposoby dobra wspólnego. Ono nas mobilizuje do tego, żeby naszymi poszukiwaniami i osiągnięciami dzielić się z innymi.

 

Jakie były początki wtorkowej audycji Dla Małżonków i Rodziców?

 

Najpierw włączaliśmy się telefonicznie do audycji radiowych. Potem poproszono nas o poprowadzenie modlitwy porannej. Następnie wyszliśmy z propozycją i poprowadziliśmy audycję dla Rodziców: Małe dzieci w Kościele, Pierwsza komunia św. w rodzinie i tak zaczęła się nasza „przygoda z Radiem”.

Od września 1992 r. jesteśmy odpowiedzialni za te audycje i systematycznie, co tydzień je prowadzimy. Było ich już  ponad 600.

Na samym początku audycje nadawane były o godz. 18.00, ale życie pokazało, że wtedy rodzice szykują kolację i kładą dzieci spać i nie mają czasu, by spokojnie posłuchać radia. Dopiero, gdy audycje znalazły się w wieczornych Rozmowach Niedokończonych, to czas ten się sprawdził i godzina 21:30 we wtorki od czerwca 1994 r. wpisała się na stałe w ramówkę Radia Maryja.

 

Czy audycje przeznaczone są tylko dla małżonków i rodziców?

 

Oczywiście, że nie. Co prawda do nich głównie są one kierowane, ale ponieważ dotyczą problemów całej rodziny: dzieci, dziadków – teściów, dalszej rodziny, gromadzą przy odbiornikach wszystkich zainteresowanych tematyką. Wynika to z listów do naszej redakcji i telefonów słuchaczy do audycji, są to czasem nawet nastolatki, również ludzie młodzi myślący o założeniu rodziny i często osoby starsze zatroskane o najbliższych, również samotne. Wiemy, że słuchają nas duszpasterze i czasem włączają się w audycję, za co jesteśmy im niezmiernie wdzięczni. Staramy się pokazać jak niezbędnie konieczna jest stała współpraca małżonków i kapłana.

 

Zdobyli Państwo wykształcenie w dziedzinie historii sztuki i fizyki, a zatem wydawałoby się, w dziedzinach dość odległych od tematyki rodzinnej, psychologicznej, wychowawczej, a jednak prowadzą Państwo chyba największą w kraju „Poradnię życia rodzinnego”. Skąd ta ogromna wiedza i doświadczenie?

 

Od początku małżeństwa była w nas chęć pogłębienia swojej duchowości. Wstąpiliśmy do sekcji rodzinnej Klubu Inteligencji Katolickiej, ukończyliśmy Studium Życia Rodzinnego, podjąłem służbę w Parafialnej Poradni Rodzinnej, ale ciągle czegoś było brak. Wyjazd na Oazę Rodzin do Krościenka w 1978 r. był niewątpliwie przełomowy. Doświadczone tam dobro mobilizowało nas, by nim się dzielić. Założyliśmy pierwszy krąg rodzin w Toruniu. Teraz jest ich już ponad 60. Ruch Domowy Kościół ze swoją duchowością małżeńską okazał się tym, czego szukaliśmy. Prócz rocznej pracy formacyjnej w kręgu, co roku wyjeżdżaliśmy na rekolekcje razem z dziećmi. Początkowo służyliśmy na nich jako animatorzy, a później jako para moderatorska. W bieżącym roku mija 27 lat naszej formacji i służby małżeństwom w Ruchu Domowego Kościoła. Mając kontakty z małżonkami w Poradni i na licznych (70) rekolekcjach zamkniętych poznawaliśmy ich problemy i potrzeby.

 

Starają się Państwo w swych audycjach rozwiązywać te problemy?

 

Staramy się pomóc małżonkom, by byli dobrym małżeństwem. Jeśli w małżeństwie źle się dzieje to najbardziej na tym cierpią dzieci. Więc konieczna jest jakaś formacja małżonków. Oczywiście istnieją różnego rodzaju rekolekcje parafialne, czy to wielkopostne, czy to adwentowe, czy jakieś okazjonalne misje, gdzie też bywa, że jest nauka dla rodziców, dla mężów, czy dla żon, ale jest to bardzo mało. W szczególności ważne są dla nas te tematy, które nie mogą być poruszane w kościele z ambony, ale nadają się na Rozmowy Niedokończone. Wielu małżonków prosi o tematy związane z różnymi problemami życia małżeńskiego, ze współżyciem małżeńskim, z czystością, wiernością i miłością małżeńską.

 

Wydaje się powszechnie, że taka posługa najbardziej potrzebna jest rodzinom przeżywającym trudności, kryzysy; dotkniętym problemem alkoholizmu czy niewierności. A może formacja potrzebna jest każdemu małżeństwu?

 

W żadnym małżeństwie nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej! Każda roślinka nie podlewana usycha i tak samo jest z jednością i miłością małżeńską. Obowiązki, praca, różne zajęcia poza domem, powodują, że coraz częściej ludzie w małżeństwie żyją obok siebie, niby pod jednym dachem, ale psychicznie coraz dalej od siebie. Na ogół przechodzi się nad tym problemem do porządku dziennego, gdy tymczasem jest to zagadnienie, które trzeba szerzej poznawać, nad którym trzeba bardziej popracować, żeby każdego dnia było coraz lepiej. Małżeństwo permanentnie formowane ma o wiele większe szanse, by wzrastać w miłości i żeby również dobrze wychowywać dzieci.

 

Współcześnie często nawet ludzie wierzący traktują małżeństwo wyłącznie w aspekcie doczesnym, ziemskim, jako związek, który pozwala głównie zaspokajać potrzeby od psychicznych po materialne. Pomija się zupełnie znaczenie małżeństwa jako Sakramentu…

 

Jesteśmy przekonani, że małżeństwo przede wszystkim jest wspólną drogą do Boga, żebyśmy mogli znaleźć się kiedyś w niebie. Ważna jest ta świadomość Sakramentalnego Przymierza z Bogiem. Budowanie Bożego ładu oraz poszukiwanie Bożego zamysłu względem rodziny – to jest nasz podstawowy cel. Dopiero na tej bazie możemy prawidłowo: tworzyć wspólnotę osób, służyć życiu przekazując je i wychowując dzieci, uczestniczyć w rozwoju społeczeństwa oraz w życiu i misji Kościoła.

Jeśli małżonkowie wierzą w Boga, korzystają z sakramentów, modlą się wspólnie do Niego, wszystkie sprawy omawiają w miłości między sobą, to mimo stresów i nieporozumień, które zdarzają się w każdej rodzinie, są w jedności ze sobą. Najlepiej wszystko w domu funkcjonuje, gdy na pierwszym miejscu jest Pan Bóg, a potem obydwoje małżonkowie, dzieci, rodziny pochodzenia, znajomi i inni.

 

Takie słowa w świecie przenikniętym ideą indywidualizmu i egoistycznym dążeniem do własnego szczęścia brzmią zaskakująco…

 

Lecz tylko wtedy jest możliwość podejmowania decyzji, która będzie budować dobro wspólne rodziny. Oczywiście dzieje się to jakimś kosztem – rezygnacji z mojego „ja”, z tego, że „ja” będę dominował. Chodzi o to, żeby wzrastało dobro całej rodziny. Miłość jest związana nierozłącznie z ofiarą. Żeby móc podejmować jakąkolwiek ofiarę, musimy mieć motywację. Okazuje się, że podejmując ofiarę, rezygnując ze swojego „ja” można w małżeństwie dojść do coraz to doskonalszej harmonii, gdzie nasza miłość stale rozkwita. I wtedy 10, 20, 40 i więcej lat wspólnego życia nie stanowi problemu. Nie ma rutyny, sztywnych zachowań, zgorzknienia, zadawnionych pretensji…

Skąd codziennie czerpać świeżą miłość? Człowiek nie jest w stanie wygenerować miłości. Ponieważ chcę kochać, chcę być kochany – to ta miłość nagle mi się pojawi. Człowiek może starać się wzbudzić uczucia pozytywne, ale nie jest w stanie do końca panować nad nimi. Raz są pozytywne, raz są negatywne, ale to nie miłość. Ostatecznym źródłem miłości jest Bóg. Jeżeli jesteśmy w kontakcie z Nim, On nas obdarza miłością i mamy obowiązek przekazywać tę miłość, w szczególności najbliższym.

 

Jaki obraz polskiej rodziny dają lata rozmów, wywiadów, spotkań?

 

Myślę, że polska rodzina jest w lepszej kondycji moralnej niż rodziny na Zachodzie, świadczą też o tym telefony słuchaczy. Jednak często brakuje w niej miłości, brakuje czasu wzajemnie dla siebie, a o to trzeba specjalnie zadbać. Dzieci są pozostawiane coraz bardziej sobie, tzn. wpływom rówieśników, telewizji, brukowej prasie. Nie jest to wpływ dobry. Brakuje rozmów z rodzicami. Rodzice nie mają dla nich czasu, są zmęczeni, przepracowani. Nie potrafią nawiązać z nimi kontaktu. Mimo tego wielu rodziców naprawdę stara się dobrze wychować dzieci. Najważniejszym wydaje się być wspólny system wartości, głównie chodzi tu o moralność: bardziej być niż bardziej mieć.

 

Co chcielibyście Państwo przekazać naszym Czytelnikom w czasie, gdy niemal na całym świecie rozgrywa się „batalia o rodzinę”?

 

            Korzystajmy z przebogatego dorobku jaki pozostawił nam Jan Paweł II Wielki. Zawiera on, myślę, wszystkie informacje potrzebne do rozeznania problemów i zagrożeń, z którymi stykają się dziś rodziny, jak również wskazuje drogi wyjścia z trudnych sytuacji i przede wszystkim jasno określa kim jest i ma stawać się człowiek, małżeństwo i rodzina oraz jej cel ostateczny.

            Cofając się do połowy lat 60-tych, zanim poznaliśmy się, każde z nas rozpoczęło czytanie, a właściwie studiowanie książki „Miłość i odpowiedzialność” ks. bp Karola Wojtyły. Potem rozważaliśmy ją już razem. Teraz dokonując pewnej retrospekcji uważamy, że to Jego myśl zainspirowała nas do obrania właśnie takiej drogi życia, do ciągłego poszukiwania czegoś więcej w kontakcie z Bogiem i ze sobą, oraz do dzielenia się dobrem i służby innym małżonkom i rodzinom.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszego owocnego posługiwania polskiej rodzinie


Wspaniały dar małżeństwa             wywiad zamieszczony w mies. “RÓŻANIEC” w lutym 2007r.

 

ELŻBIETA I LECH POLAKIEWICZOWIE

 

Wciąż uczymy się korzystać z łask, płynących z sakramentu małżeństwa, a Bóg zsyła nam ich mnóstwo.

 

            39 lat temu mieliśmy pragnienie budowania rodziny w oparciu o Boga. Najpierw było studium in­dywidualne, a potem wspólne studiowanie „Miłości i odpowiedzialności” bpa Karola Wojtyły. Na studiach uczestniczyliśmy w życiu duszpasterstwa akademickiego prowadzonego przez ojców jezuitów w Toruniu i właśnie tam poznaliśmy się. Duszpasterstwo akademickie prowadził wtedy o. Władysław Wołoszyn, a jedne z rekolekcji prowadził o. Karol Meissner. I to właśnie o. Meissner przygotował nas do sakramentu małżeństwa. Za jego zgodą jeździliśmy za nim na kolejne nauki po całej Polsce. On przedstawił nam praktyczną wiedzę na temat rozpoznawania płodności oraz dał szereg istotnych wskazówek dotyczących życia w małżeństwie. Najważniejsza z nich: „Pamiętajcie, by nie było dnia, w którym byście ze sobą w spokoju nie porozmawiali” i druga: „Aby nie było dnia, w którym byście się nie przeprosili, nie pojednali ze sobą”.

 

Na drodze do Boga

 

            Od początku małżeństwa staraliśmy się przestrzegać zaleceń ojca. Było również czytanie Pisma Świętego, wspólna modlitwa, Msza święta niedzielna. Czuliśmy, że stanowimy jedno. Bóg był bardzo ważny, jednak życie przynosiło coraz więcej obowiązków. Kolejno urodziła się trójka dzieci. Pojawiają się pewne zaniedbania w praktykach religijnych, zaczynają nieporozumienia, oddalanie się od Boga. Dla jednej ze stron zapala się wręcz czerwone światełko: uwaga, niebezpieczeństwo, schodzisz z obranej drogi! Co robić? Jesteśmy przepracowani, zagonieni, nie mamy już sił… ale pozostał Bóg. Przecież On jest dawcą naszego przymierza małżeńskiego. Klękamy, prosimy o pomoc i, oczywiście, dostajemy ją. W niedługim czasie pojawia się propozycja wyjazdu z dziećmi do Krościenka na oazę rodzin. Jako że byliśmy zapracowani, postanawiamy, że pojedziemy na jednorazowe rekolekcje, nie angażując się w nic więcej ze względu na brak czasu. Rekolekcje rozpoczynają się, szybko jednak stwierdzamy, że ich oferta to jest właśnie ta pomoc, o którą prosiliśmy na modlitwie. Owocem tego spotkania stało się wejście na wspólną, świadomą drogę do Boga – w ramach wspólnoty małżeństw Domowego  Kościoła. Poznaliśmy tam również wspaniałe narzędzia, nieocenione na drodze duchowości małżeńskiej. Stwierdziliśmy później, że pierwszych dziesięć lat naszego związku wyglądałoby zupełnie inaczej przy obecnym stanie wiedzy i ducha. Im bardziej poznawaliśmy siebie nawzajem, tym bardziej rozpoznawaliśmy Boży plan w stosunku siebie i tym więcej widzieliśmy braków w naszej postawie, zachowaniu, myśleniu. Udział w comiesięcznych spotkaniach kręgu mobilizował nas do realizacji podjętych zobowiązań.

Uczestniczyliśmy w kolejnych rekolekcjach, spotkaniach, dużo czytaliśmy, wszystko to płynęło z potrzeby serca. Zaczęliśmy inaczej patrzeć na świat i problemy życia codziennego. Zmieniły się również nasze priorytety i zainteresowania.

 

Środowisko duchowego wzrostu

 

            Nasza wspólnota Kościoła Domowego to nie tylko spotkania formacyjne, ale również wzajemne odwiedzanie się, wspólne wyjazdy za miasto, pod namiot. To nowe środowisko, nie tylko dla nas, ale i środowisko wzrostu dla dzieci, w którym mamy zaufanie do siebie i wiemy, że nic złego nie może się przytrafić. Albowiem wszyscy idziemy tą samą drogą, którą uważamy za najlepszą.

            A co najważniejsze, cały czas pogłębia się nasza jedność. Cichych dni nigdy nie mieliśmy, ale by­wało, że obrażaliśmy się na siebie – co prawda nie dłużej niż do wieczora – tak jak nauczał o. Karol Meissner. O ile lepiej rozumieliśmy się i kochaliśmy się, a wzrost dotyczył również naszych dzieci. Oczywiście była modlitwa rodzinna i dialog rodzinny. Staraliśmy się na koniec dnia, razem z dziećmi wszystkie sprawy dnia oglądać nie tylko od strony naszych osobistych przeżyć czy trudności, ale rozpatrzyć je w Bożym świetle. Pytaliśmy się co było dobre, co było złe? Dlaczego było dobre, dlaczego złe? Każde kolejne rekolekcje pomagały nam wzrastać. I wzrastały też zadania, które przed nami poja­wiały się. Była przez szereg lat prowadzona poradnia rodzinna, kolejne stopnie studium życia rodzinne­go, katechizacja młodzieży, były spotkania z młodzieżą w szkołach. W związku z naszym zaangażowa­niem się w Ruch Obrony Życia, pojawiło się także Towarzystwo Odpowiedzialnego Rodzicielstwa oraz fil­my dotyczące obrony życia. Odbywaliśmy szereg bardzo ciekawych spotkań, które mobilizowały nas do tego, żeby więcej wiedzieć, żeby się więcej nauczyć, więcej poznać, nawiązać różnego rodzaju kontak­tów, wyjazdów, sympozjów, itd. W drugim roku obecności w Kościele Domowym, zostaliśmy proszeni o posługę jako para animatorska, później przez szereg lat służyliśmy jako para moderatorska, prowadzili­śmy w sumie ok. 70 różnych rekolekcji głównie na terenie Polski północnej.

 

            Rekolekcje pomagały wzrastać, rosło też w nas zaufanie do Boga. Bo po otrzymaniu zadania na ogół od razu występowały trudności w jego realizacji. I to najróżniejsze, a to braki materialne, uszkodzenie samo­chodu, czy gwałtowne oznaki choroby i potrzeba dłuższej hospitalizacji, podczas gdy terminy goniły i co…? Jest przecież modlitwa. Prosiliśmy razem z dziećmi. Panie Boże, jeżeli chcesz, żebyśmy posługi­wali, to prosimy Cię o to lub tamto. A jeżeli chcesz, żebyśmy zostali w domu, to prosimy Cię daj nam siły, byśmy poradzili sobie z nowymi trudnościami, o których może jeszcze nawet nie wiemy, a które mogą w każdej chwili wystąpić. I otrzymywaliśmy Boże wsparcie, w tym przede wszystkim wewnętrzny pokój. Przychodziło umocnienie i bardzo często, nieoczekiwane, wręcz cudowne rozwiązanie kłopotu. Ciągle jeszcze uczymy się korzystać z łask, związanych z sakramentem małżeństwa, a Bóg zsyła nam ich mnóstwo, tylko przedtem ich nie widzieliśmy.

 

            Podjęliśmy nie tylko rekolekcje Kościoła Domowego, ale także rekolekcje ignacjańskie, czytania ducho­we, rozmowy z naszymi przyjaciółmi, także z kapłanami, którzy cały czas poszerzali naszą wiedzę i na­sze horyzonty. I w końcu, gdy przyszła propozycja zajęcia się audycją dla rodzin w Radiu Maryja, pod­jęliśmy ją z radością, by tym, co jest naszym skarbem, co uważaliśmy za Bożą dobrą nowinę dla mał­żeństw – że małżeństwo może być szczęśliwe, może się kochać, może pogłębiać swoją miłość, mimo trudności, mimo wielu obciążeń, które z czasem narastają, bo rodzina przecież się powiększa – dzielić się już nie tylko w rekolekcyjnych grupach – ale z olbrzymią rzeszą słuchaczy. I teraz, chociażby podczas spotkania z okazji 15. rocznicy Radia Maryja, szereg osób z różnych stron Polski podchodziło, by podzię­kować za tak wiele podejmowanych tematów. To oczywiście nie jest żadna nasza zasługa, po prostu sta­jemy przed powierzonym nam zadaniem. Każda nasza posługa w radiu zaczyna się przed Najświętszym Sakramen­tem, i prosimy Boga, by pomógł nam ją zrealizować, chcemy być Jego narzędziami.

 

opracowała Hanna Karaś

 

Autorzy tekstu od lat prowadzą na antenie Radia Maryja w każdy wtorek, o godz. 21.40 audycje dla małżonków i rodziców.


Zawsze blisko Boga                                         do miesięcznika RÓŻANIEC luty 2011r.

Rozmowa z Elżbietą i Lechem Polakiewiczami

Cierpienie towarzyszy każdemu człowiekowi. Pani doświadcza go niemalże od dzieciństwa…

Elżbieta: Pamiętam tylko fragmenty wspomnień z dzieciństwa, resztę znam z opowiadań. Urodziłam się ze zwichniętym stawem biodrowym. To był rok 1938. Potem wojna. Nie było możliwości skutecznego leczenia. W wieku trzech lat trafiłam do szpitala, gdzie lekarze zadecydowali o włożeniu nogi w gips na prawie… trzy lata. Mama co jakiś czas woziła mnie do szpitala, gips zmieniano. Pamiętam, że podczas jednej z wizyt lekarz siłą złamał zesztywniały staw kolanowy, a ja strasznie krzyczałam. Potem leżałam na podłodze, bo nie było miejsc na łóżkach. Założono mi nowy gips i rodzice zawieźli mnie do domu.

A przecież trwała wojna…

E: Tak. Przeżyliśmy bombardowania, pożar domu. Dzieci wywieziono na wieś, gdzie wszyscy spali na słomie. Noga wciąż mnie bolała, nie było żadnej poprawy. Gdy miałam 10 lat, podjęto dalsze leczenie, które nie dało oczekiwanego efektu. Po dwóch latach była kolejna operacja, gips i leżenie. Od tamtej pory mam usztywniony staw, krótszą nogę i dlatego noszę specjalne obuwie, usprawniające chodzenie.

W jaki sposób Pani jako małe dziecko postrzegała swoje cierpienie?

E: Mniej miałam kolegów, mniej się bawiłam, więcej czytałam, rozmyślałam i modliłam się. Najczęściej przed obrazem Matki Bożej Lelowskiej. Dzieci pokazywały mnie palcami, a ja się wstydziłam, że taka jestem. Cóż mogłam zrobić? Przyjmowałam to jako rzecz zwyczajną.

A potem w młodości?

E: Myślałam: „Taka jestem, muszę sobie radzić” i nie traktowałam mojej sytuacji jako jakiejś krzywdy. Przyjmowałam ją jak wyzwanie postawione przede mną, a trudności ofiarowywałam Bogu… Dość dużo leżałam, miałam więc czas na modlitwę, również o dobrego męża. Różaniec zawsze był blisko… Często prosiłam Pana Boga o pomoc. Była też we mnie ambicja, aby sobie poradzić z różnymi pracami i dorównać w tym innym.

Pojechałam na zimowisko w góry. Wszyscy jeździli na nartach, a ja na sankach, które stały się atrakcją obozu. Nie przejmowałam się tym, że byłam inna. Byłam też na obozie wędrownym.

Jak Państwo się odnaleźli?

Lech: W Duszpasterstwie Akademickim. Szukałem kandydatki na żonę – kobiety o dobrym sercu. Podejście Eli do ludzi, problemów zafascynowało mnie. Podziwiałem też jej rzetelność i dokładność. Niesprawność nie stanowiła przeszkody, a wręcz była dodatkowym atutem. Pomyślałem, że będę mógł jej sensownie pomagać.

Czy miała Pani kiedyś pretensje do Boga?

E: Moja mama płakała, że takie nieszczęście mnie spotkało. Byłam tym zdziwiona. Zżyłam się z moją sytuacją od dziecka.

Osoby niepełnosprawne często są skryte, podejrzliwe, a nawet złośliwe…

E: Wiedziałam, że mi to grozi. Nie chciałam być taka, dlatego analizowałam swoje postępowanie pod tym kątem. Starałam się świadomie wypracowywać w sobie dobre cechy, a likwidować złe.

L: Te wszystkie sprawy zaowocowały w małżeństwie wielką cierpliwością, również do męża…

E: Bardzo wiele dała mi moja rodzina, która otaczała mnie wielką miłością, stwarzając poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niej nauczyłam się okazywać innym miłość i wdzięczność.

L: To prawda. I miałaś poczucie swojej wartości.

E: W dzieciństwie zawsze słyszałam: „Bądź naturalna”. Takie ukierunkowanie skutkowało tym, że nigdy nie chciałam poprawiać mojej natury – daru Pana Boga.

L: I właśnie dlatego zwróciłem na ciebie uwagę.

Czy te trudności miały wpływ na wychowanie dzieci?

E: Dzieci pytały, dlaczego mam jedną nogę krótszą. Tłumaczyłam: „Jedni są tacy, drudzy inni. Po prostu tak jest”. Wyjaśniałam dzieciom, że należy to dostrzec i pomagać słabszym, nikogo nie wyśmiewać, bo każdy ma swoją godność.

L: Potrzebna jest otwartość. Z trudności nie można robić tajemnicy, gdyż rodzi to niezdrową ciekawość i utrudnia skuteczną pomoc. Mówiliśmy dzieciom, że Pan Bóg dopuszcza cierpienie, ale i błogosławi, choćby w tym, że kochamy się, że mamy takie dobre dzieci. Zawsze Bogu dziękowaliśmy i była radość, którą On rodził w naszych sercach.

Jak jest teraz w Państwa życiu?

E: Kiedy w 1989r. rozlał się dysk w kręgosłupie, strasznie bolało i nie mogłam się ruszać, pytałam: „Panie Boże, tak wcześnie? To znaczy, że będę leżeć i cierpieć?”. Pan Bóg pobłogosławił, operacja udała się i chodzę do dzisiaj.

L: Wielkie uderzenie przyszło na nas przed rokiem. U żony wykryto raka szpiku kostnego… Nie mogliśmy przez to spać na początku…

E: Oddałam to Panu Bogu. Zawsze w trudnościach oddawałam wszystko Bogu za przyczyną Matki Bożej i doznawałam opieki.

L: Od początku naszego małżeństwa doświadczamy, że jak razem klękamy do modlitwy, to Pan Bóg daje pokój serca, zdolność do spojrzenia z dystansu, bez rozdygotania i zsyła nam łaski niezbędne do istnienia i działania.

Ostatnio u syna w oku wykryto czerniaka! Nie pytamy: „Dlaczego?”. Prosiliśmy Boga o pomoc i On tak wszystkim cudownie pokierował, stawiając na jego drodze dobrych ludzi, że w 3 tygodnie rak został unieszkodliwiony.

E: Nie można mówić, że jesteśmy przygnieceni cierpieniem. W każdym okresie życia Bóg stawia zadania, daje czas i pomaga. Skończyło się pewne działanie – dzieci są już wychowane, a Pan wyznacza nam kolejne obowiązki i trzeba być gotowym na ich podjęcie.

Co Państwo chcieliby na koniec przekazać naszym Czytelnikom?

E: Trzeba widzieć kres swojego życia na ziemi i dobrze się do niego przygotować. Bóg nam w tym pomaga, dając sygnały w postaci pewnych ograniczeń. Jeżeli będziemy jeszcze mieli tutaj coś do zrobienia, to Bóg da nam czas i możliwości. A cierpienie ofiaruję za dzieci, Kościół i Radio Maryja.

L: Trzeba zawsze być blisko Boga, być gotowym na spotkanie z Nim w niebie. Nigdy nie odkładajmy na później spowiedzi czy modlitwy. Od razu odpowiadajmy na Jego natchnienia.

Dziękujemy za rozmowę i świadectwo życia.

Opracowała Elżbieta Marek,      wysłuchała s. Wioletta Ostrowska CSL.

Świadectwa publikujemy za zgodą p. Lecha Polakiewicza.